Generalnie ujeżdżenie w Polsce się rozwija, ale w dalszym ciągu u większości ludzi, którzy jeżdżą konno, jest w jakimś mniejszym poważaniu, a przecież podstawą w ogóle jakiegokolwiek sportu jeździeckiego jest ujeżdżenie.
Jeżeli koń nie jest ujeżdżony, nie jest odpowiednio przygotowany, to nie ma co mówić o jakiś dużych wynikach. Nawet skoczkowie i konie, te które starują w najwyższych konkursach powinny spokojnie przejechać program ujeżdżeniowy nawet klasy C, a N to już na pewno. To konie światowych zawodników potrafią.
Odpowiednio szybka reakcja konia, odpowiednia reakcja jeźdźca, ustawienie konia, skrócenie, wyjeżdżanie narożników, wyjeżdżanie odpowiednich kółek i tak dalej – to wszystko co się robi w ujeżdżeniu, bardzo się przydaje. Często zawodnicy skoków czy WKKW o tym zapominają i później mamy takie przejazdy, jakie mamy. Jakoś ani jednego naszego zawodnika nie możemy zobaczyć wśród skoczków na poziomie światowym. Czasami wyskoczy, ale najczęściej tylko w jednym przejeździe, a potem już wszystko pada, tak więc możemy przypuszczać, że to był tylko jakiś fuks i przypadek.
W obecnej chwili wiem że wielu trenerów bardzo ciężko pracuje w tym temacie, nad przygotowaniem naszych skoczków i mam nadzieję, że w końcu te wyniki zobaczymy.
Horse Sport: Wracając do ujeżdżenia... Na co zwróciłby Pan szczególną uwagę w przygotowaniu pary do pierwszych konkursów ujeżdżenia (klasa L, P)?
Zaczyna się od klasy L - najprostszej. Nie ma tam żadnych jakiś skomplikowanych elementów ruchów. Są to wszystko podstawowe ruchy, jakie koń powinien znać, nawet ta tzw. chabeta, czy koń tatersalowy. Tak, że tu nie ma żadnych cudów. Ale od tego się zaczyna.
Wydaje mi się, że największym problemem pierwszych konkursów klasy L, P jest tak zwana dokładność przejazdów. Ludzie chyba nie czytają książek, a trenerzy nie zwracają na to właściwej uwagi. Oczywiście kontakt, rozluźnienie, rytm, właściwy dosiad to są rzeczy, które się same narzucają, ale jakoś mało się mówi o tej dokładności przejazdu. A tymczasem dokładność przejazdu, czyli ten tak zwany rysunek, bardzo odbija się na ocenie. Na każdym rysunku, na każdym elemencie przejazdu, taki jeździec jak nie zatrzyma konia i nie rozpocznie we właściwym miejscu ruchu czy figury, nie pojedzie wolty, która ma być woltą, koła, które ma być kołem (oczywiście w każdej klasie zakręt jest o jakimś innym promieniu: jedne mniejsze, inne większe) straci na ocenie. Na każdym takim ruchu (a takich elementów do oceny jest w granicach dwudziestu, dwudziestu-kilku) nawet niech traci po jednym punkcie, no to proszę Państwa, to jest 20 punktów! To robi się potężna liczba. Na to bym szczególnie zwrócił uwagę. Poza tym, jak się jeździec nie nauczy jeździć dokładnie, to co będzie dalej na wyższych konkursach, gdzie to będzie jeszcze bardziej krytycznie oceniane. Także tutaj, na tych pierwszych konkursach, zwróciłbym uwagę na dokładność.
H.S.: Co chciałby Pan widzieć na naszych czworobokach?
Wiemy, że w klasie L rzadko mamy okazję zobaczyć naszych czołowych dresażystów, ponieważ oni się siłą rzeczy skupiają na konkursach od klasy C w górę. Oni tylko czasami się pokazują. Chciałbym ich częściej oglądać, ale to się tak nie da. W związku z tym jesteśmy skazani na zawodników o małym doświadczeniu, początkujących. To też nie jest korzystne…
Generalnie założenie powinno być takie: w klasie L powinny startować konie młode, które wchodzą dopiero w tę dyscyplinę i powinny mieć na sobie doświadczonych jeźdźców. I to by było najlepsze rozwiązanie. I takie rozwiązanie widzimy bardzo często w eliminacjach młodych koni, także tam jakoś to funkcjonuje. I bardzo dobrze.
Z drugiej strony w klasie L powinny startować konie doświadczone pod tymi właśnie początkującymi jeźdźcami. No ale co z tego, jak mamy początkującego jeźdźca i doświadczonego konia, jak mu trener pewnych rzeczy w głowę nie wbije.
Znam paru takich trenerów, którzy przykładają bardzo dużą wagę do tego, żeby ich zawodnik był naprawdę przygotowany do startu. Jest to na pewno dobre dla jeźdźca, ponieważ ten młody jeździec zazwyczaj nie popełnia jakiś tragicznych błędów i nie przeżywa tak stresu związanego ze startem. Dla sędziów jest to też jednak dobre, jeżeli mamy przejazd poskładany, płynny, gdzie te elementy są dobrze widoczne i w rezultacie dobrze oceniane. Ja tu apeluję cały czas do zawodników, do trenerów, żeby się jednak przyzwoicie przygotowywali do tych pierwszych konkursów, żeby to nie było „na hura”. Najczęściej jest to dyktowane, z życia wiem, przez rodziców tegoż młodego zawodnika, którzy by chcieli, żeby już dziecko zostało mistrzem. Często kolejne błędy są popełniane. Taki młody jeździec, jak faktycznie wystartuje na dobrym koniu i jest w miarę przygotowany, będzie na początku cały czas w tak zwanym „czubie”. Jak woda sodowa uderzy do głowy, a najczęściej to nie jeźdźcowi uderza do głowy, tylko tym, którzy płacą za to i chcieliby jeszcze lepszy wyników, wtedy zaczyna się coś psuć. Przecież trener ma swój rytm pracy i nie da się w ujeżdżeniu zrobić tego co trzeba zrobić w ciągu roku – przez jeden miesiąc, czy dwa. Ja tutaj cały czas apeluję do rodziców, żeby nie tworzyli tzw. KOR-u, czyli Komitetu Oszalałych Rodziców, którzy mają wpływ na to co trener robi.
Cały czas liczę na odpowiedzialność trenerów, na których jak do tej pory się nie zawiodłem.
To są początki, ale niezwykle ważne. Bardzo dużą rzeczą jest to, że opracowano klasy przygotowujące do tego, co się na świecie najbardziej ceni, czyli klasę CC i CS. Generalnie tendencja musi być jakaś w tym ujeżdżeniu. Inaczej się teraz patrzy na konie niż 40 lat temu, jak robiłem pierwsze kroki jako stażysta pod czujnym okiem Pani Wandy Wąsowskiej, i dzięki której ujeżdżenie się bardzo rozwinęło.
Problemem chyba nie są konie, bo koni jest w tej chwili pod dostatkiem, pieniądze też się znajdą. Problemem jest chyba kadra trenerska, w której doświadczonych trenerów jest za mało na tę rzeszę wszystkich, którzy chcą jeździć ujeżdżenie. Za mało jest szkoleń, za mało konsultacji z najlepszymi fachowcami, chociaż PZJ jak i osoby prywatne starają się organizować różnego rodzaju kliniki i szkolenia. Ściągają tych najlepszych. Także w zasadzie jest możliwość, żeby skorzystać z tego. Ale tak na bieżąco, to tych trenerów, tych najbardziej doświadczonych jest mało, którzy patrząc na konia, na jeźdźca, potrafią wydawać właściwe dyspozycje co trzeba robić, żeby tak, a nie inaczej wyszło.
Wydaje mi się, że podstawowe ujeżdżenie powinno być opanowane przez wszystkich jeżdżących. Nie ma co gadać. Każdy, nawet jeżdżąc amatorsko, dla przyjemności, nie powinien mieć żadnego problemu, żeby do klasy L czy P pojechać całkiem przyzwoicie z marszu. Do tego powinniśmy dążyć, żeby tak było. Może już tam w klasie N dochodzą jakieś trudniejsze elementy, ale wygimnastykowanie konia, nawet – tak jak mówię, tego dla siebie, tego mojego, na którym tylko ja jeżdżę, w teren najczęściej, powinno być na jakimś poziomie. Przede wszystkim dla bezpieczeństwa. Koń wygimnastykowany, dobrze reagujący, jeździec, który siedzi na koniu nie przeszkadzając mu, wydający właściwe komendy dosiadem, łydką, kontrolujacy ręką, tak, żeby to wszystko było prawidłowe, wtedy będzie ten sport dużo bezpieczniejszy i przyjemniejszy i dla jeźdźca i dla konia. Zresztą powołując się na nasze tradycje ułańskie, końskie, koniarzy, fajnie byłoby, żeby wszyscy w jakiś sposób na tym koniu wyglądali, a nie jak ta torba, jak to mówił mój pierwszy trener, już niestety nie żyjący – pan Zbigniew Janaszek.
Zawsze jak widział taką sierotę na koniu, no to mówił, że „siedzisz jak torba”. Możemy sobie wyobrazić tę torbę jak siedzi. Połóżmy torbę na koniu i zobaczmy jak ta torba wygląda: przechyla się w jedną, w drugą stronę, zgięta, pomarszczona. Nie chciałbym, żeby tak ludzie wyglądali na koniu. Temu służy właśnie to ujeżdżenie.
Elitarność sportu jeździeckiego, a już szczególnie w ujeżdżeniu, nie polega na tym, że się ma frak i cylinder. Elitarność to jest właśnie właściwa postawa na koniu, właściwa postawa wobec konia, właściwa postawa wobec ludzi, którzy otaczają tego konia. To jest ta elitarność, co w ujeżdżeniu jeszcze oglądamy na szczęście, ale bardzo trudno o tę elitarność jeździecką jest w innych dyscyplinach jeździeckich, szczególnie w skokach. Jazda konna zobowiązuje. Zobowiązuje do wyglądu, do jakości postępowania, do jak najbardziej pojętej kindersztuby, jak ja to nazywam. Mam nadzieję, że tak będzie. Jest jeszcze trudno z tym, ale coraz częściej jest.
H.S.: Jak powinien Pana zdaniem wyglądać proces przygotowania jeźdźca i konia do konkursów ujeżdżenia?
Proces przygotowania do konkursów ujeżdżeniowych, to proces bardzo złożony. Mamy konia, mamy jeźdźca – to jest pierwszy element. Drugi element to trener. Trzeci – to teoria, o której się ciągle zapomina. Są takie piękne książeczki, pierwszy tom Akademii jeździeckiej Pana Wacława Pruchniewicza, oraz w jego opracowaniu i tłumaczeniu Eli Morciniec przy konsultacji: Krzysia Koziarowskiego, Wociecha Markowskiego, Wojciecha Mickunasa, Jacka Wierzchowieckiego i Janka Ratajczaka – ta niebieska , pomarańczowa i fioletowa .Daj Boże, żeby jeźdźcy i trenerzy mieli to opanowane. Jeżeli będą to mieli opanowane, a to tam jest naprawdę łopatologicznie pokazane, wtedy, jeżeli trener mówi zrób to i to, to jeździec, który zna teorię przynajmniej, wie o co chodzi. Bardzo często jest tak, że trener mówi jeźdźcowi co ma zrobić, a jeździec nie ma pojęcia, bo nie chce mu się przeczytać paru zdań i popatrzeć na naprawdę bardzo dobre rysunki i właściwe opracowanie podstaw ujeżdżenia. Wydaje mi się, że najtrudniejszym problemem to jest to, że jeżeli trener mówi coś, to jeździec powinien to rozumieć. Jeżeli nie rozumie, to nie ma o czym gadać. Bywa też i tak, że jeździec przeczytał coś tam i opanował, a trener ciągle żyje pojęciami sprzed 40 lat. Najważniejsze jest to, żeby obie strony wiedziały, o czym nawzajem do siebie mówią. To jest szalenie istotne. Pewnie na poziomie klasy L, P, to każdy koń, każdy jeździec, nie ma siły, na jakimś przyzwoitym poziomie powinien to zrobić. Nie chciałbym oglądać zawodników, który wyjeżdża i robi poniżej 55 %. Jak już startuje , to około 60% powinno od razu być, a najwyżej powyżej tych 60%. Klasa L nie jest żadną jakąś niewiadomo jak strasznie trudną klasą. U nas tak się utarło w tym ujeżdżeniu, że 60% to jest jakaś granica. Faktycznie – jest, ale mi się wydaje, że ta granica już powinna się dawno przesunąć, do przodu. Jeżeli od początku będziemy wymagać pewnego poziomu, od pierwszego startu, to będzie miało „ręce i nogi”. I tak jak mówię… wzajemne zrozumienie między jeźdźcem a trenerem. I będzie to szło do przodu.
Tak jak wspomniałem wcześniej - problem jest z trenerami. Jest ich po prostu za mało. Jak będę tutaj rzucał nazwiskami, to potem mogą się niektórzy obruszyć, dlaczego go nie wymieniłem. Tych nazwisk, których nie wymienię też jest dużo, ale mam nadzieję, ze się na mnie nie obrażą. Zaczynałem ujeżdżenie grubo ponad 30 lat temu najpierw pod okiem Pana Bogusława Misztala – jednego z naszych najbardziej utytułowanych zawodników w ujeżdżeniu, który naprawdę pokazał to ujeżdżenie nie tylko w kraju, ale i na świecie. Moje pierwsze kroki w roli sędziego odbyły się pod okiem Pani Wandy Wąsowskiej. Doskonale pamiętam swoje pierwsze zawody jak mi kazała sprawdzić, czy konie mają wyczyszczone tyłki a nie obsrane. Tak kiedyś było, że jak wyjeżdżali do ujeżdżenia i konie były brudne. Kiedyś to było obowiązkowe ocenianie. Koń wyjeżdżał, zatrzymywał się w literce C, a sędzia mu robił taki przegląd. Wydaje mi się, że aktualnie, też to czasem by się przydało. Tak jak mówiłem, tu chodzi o tę elitarność, ten wygląd. To nie chodzi tylko o to, że ja siedzę dobrze na koniu, ale to co mam na sobie, że to jest czyste nie pomięte, że włosy są rozwiązane, tylko zawiązane w siateczkę.
Ale wracając do trenerów. Na pewno autorytetem jest Wanda Wąsowska, Bogusław Misztal, Wacław Pruchniwicz, Wojtek Markowski, Anna Piasecka, Andrzej Sałacki, Jan Ratajczak. To są dla mnie nazwiska bardzo mocno związane z dresażem, z dobrą merytoryczną wiedzą. No ale ilu jest? Ja tu wymieniłem zaledwie parę tych nazwisk. Powinienem wymienić jeszcze parę. Brakuje nam tego….
H.S.: Kogo chciałby Pan oglądać naszych czworobokach?
Patrząc poprzez swoją pracę sędziego, ja sędziuję tu i teraz, czyli jeśli jedzie zawodnik choćby nie wiem jakie mistrzostwa miał za sobą, może akurat mieć ten przejazd w ogóle do kitu. Nie będę się oglądał na to, że on był trzykrotnym mistrzem świata. Po prostu oceniam go według tego, co widzę. Każdy ma swój lepszy i gorszy dzień. I koń też i tutaj jest jeszcze trudniejsza sprawa, bo w tym dniu to musi się para zgrać. W tym dniu musi ta para mieć swój „dobry dzień”. I koń i jeździec. Często porównuje się często ujeżdżenie do jazdy figurowej na lodzie, tylko, ze tam mamy do czynienia z martwym przedmiotem – łyżwami, a tu mamy żywą istotę – konia, przez jest to trudniejsza dyscyplina, ale system oceny i wiele innych rzeczy jest podobnych.
Powiem tak… ta czołówka z zza granicy, która oglądamy… Każdy z nich ma jakieś dobre elementy i należy szukać tych elementów dobrych. Ale nasi jeźdźcy najczęściej mają rzadką okazję oglądania przejazdów par zagranicznych, ponieważ telewizja nie lubi dresażu., Na szczęcie dzięki paru osobom dresaż i w ogóle jeździectwo jest pokazywane w mediach. I tu, korzystając z okazji, chcę podziękować Markowi Szewczykowi i Michałowi Wierusz-Kowalskiemu, Michałowi Bylickiemu. To są osoby, które od lat, że tak powiem – walczą, no bo walczą, bo inaczej nie można tego nazwać, o to, żeby to jeździectwo było pokazywane, żeby było propagowane.
Dzisiaj jesteśmy skazani bardziej na oglądanie naszych zawodników. Tych naszych zawodników znowuż jakoś tak dużo nie ma. Wystarczy, że weźmiemy Mistrzostwa Polski. I popatrzmy ile tych par wystartuje. Na pewno aktualnie do wybijających się osób należy Katarzyna Milczarek, Justyna Dysaż, Michał Rapcewicz, Agata Milnerowicz, Sylwia Syguta, Katarzyna Porożyńska, Ilona Janas, Jarosław Wierzchowski.. To są osoby, które się wyróżniają. Brakuje mi teraz na pewno na czworoboku Joasi Wołczewskiej. Ona zawsze wnosiła jakiś ciekawy element w kirach, co jest największą sztuką w ujeżdżeniu.
Cały świat dąży do tego, żeby te najwyższe konkursy najwyższej klasy, nie trwały niewiadomo ile, bo to jest pierwszy ból, bo publiczność się po prostu nudzi. I chyba taka tendencja będzie, żeby je troszeczkę skrócić i żeby od razu pokazać najciekawsze elementy, wysokie, trudne elementy. To w tym kierunku będzie szło. Ale pamiętajmy, że kir, to jest już sztuka. Tutaj już można powiedzieć o dużym podobieństwie, do tej wspomnianej jazdy figurowej na lodzie. Dobór muzyki, zgranie muzyki… to będzie chyba ta przyszłość. Żeby pokazać ten prawdziwy taniec na koniu, a nie cyrk jakiś. Żeby sędziowie, oceniający kiry mogli jasno i wyraźnie ocenić poszczególne ruchy, które powinny być obowiązkowe w danym przejeździe, nie często, jak to teraz bywa – muszą się domyślać. Kiry u nas w kraju rzadko kiedy są takie czytelne, wyraźne, płynne, przyjemne do oglądania. Mi brakuje też tego, że Kasia Milczarek jest tak daleko. Bardzo lubię ją oglądać tym bardziej, że oglądałem ją od małego, jak zaczynała. Bardzo sobie ją cenię, że ona cały czas się rozwija. Naprawdę wspaniała zawodniczka. Bardzo lubię oglądać też Agatę Milnerowicz. Generalnie lubię oglądać wszystkich, bo tak jak mówię, każdy ma swój dzień, i koń i jeździec, i są takie przejazdy, które naprawdę na długo zostają w pamięci. Nie chciałbym tutaj nikogo wyróżniać i faworyzować.
H.S.: Z jakimi błędami najczęściej się Pan spotyka podczas oceniania przejazdów?
Są takie dobre konkursy z oceną stylu jeźdźca. Wydaje mi się, że to powinno być kontynuowane, ponieważ zajmujemy się jednak jeźdźcem, mniej koniem. Oczywiście na pewno koń ma wpływ na ocenę, ale patrzymy na jeźdźca. Te podstawy które wyniesiemy na samym początku, potem będą procentować. Patrzymy na tego jeźdźca jak siedzi, jaki ma kontakt z koniem, czy wszystko jest dopasowane tak jak trzeba, czy te wszystkie klasyczne linie: wędzidło-ręka-łokieć, czy to wszystko leży, czy jeździec nie jest przekręcony w tułowiu, czy nie jest przeniesiony punkt ciężkości na prawe lub na lewe biodro, czy nie pochyla się do przodu, czy też siedzi normalnie, na trzech punktach, o których zawsze mówimy, czy znowuż nie odchyla się za bardzo do tyłu. Patrzymy też jaka jest elastyczność jeźdźca. Czy potrafi pracować tym odcinkiem lędźwiowym szczególnie. Wiadomo, że są konie twardsze, miększe w noszeniu, ale dobrze przygotowany, nauczony jeździec, nawet i na twardym koniu będzie siedział. Tak, że to ułożenie jeźdźca do konia jest bardzo istotne. Czyli te same początki. Jeździec ma siedzieć tak jak trzeba. Patrzymy jeszcze jak jeździec używa pomocy. Bardzo częstym błędem ręki jest – my to nazywamy albo ręką ułożoną jak do fortepianu albo ręką modliszki. Bardzo często ten błąd się obserwuje, a przecież to jest bardzo pięknie wszędzie narysowane i pokazane. Dalej, przekładanie rąk na zakrętach, czasem jedna wyżej, druga niżej… To wszystko to są takie podstawowe błędy, na które na początku tej naszej nauki musimy szczególnie zwracać uwagę. To musi być poprostu absolutnie automatyczne. Tutaj nie ma zmiłuj, bo później te błędy są często powielane. Patrzymy jaki jeździec ma kontakt z pyskiem konia. Mówi się przecież, że kieruje się koniem i powoduje dosiadem, właściwym ułożeniem łydek. Ręka służy do kontroli. A niestety często mamy do czynienia z nagminne nadużywaniem tej ręki. To jest taka nasza choroba – nagminne nadużywanie ręki, nie mówiąc już o wieszaniu się i traktowaniu ręki jako kolejny – dotykowy punkt podparcia. Często to widać u początkujących jeźdźców, że opierają się na pysku konia. Nie ma w tym momencie żadnego swobodnego kontaktu, przepuszczalności, czy elastyczności. To są takie największe błędy na początku, dlatego wydaje mi się, że dla początkującego jeźdźca, który chce jeździć sportowo, musi być naprawdę bardzo dobry trener. Na nieszczęście mamy jakąś taką dziwną organizację, że tych trenerów z prawdziwego zdarzenia mamy mało. Najczęściej w różnych klubach, klubikach mamy różnych trenerów, różnej „maści”, a w zasadzie instruktorów, którzy robili swoje papiery i zdobywali uprawnienia w różnego rodzaju organizacjach, niekoniecznie nadzorowanych przez właściwe jednostki. Dopóki tak jest, będzie trudno nauczyć się jeździć, nawet tak dla samego siebie. Mam nadzieję, że ten proces się poprawi. Zresztą w tym kierunku są czynione działania.
H.S.: Jakie są Pana oczekiwania w stosunku do par prezentujących sie na czworoboku?
Oglądając przejazd, chciałbym, żeby jeźdźcy, którzy starują w danej klasie, stosowali się do tego, co jest napisane. Wydaje mi się, że bardzo często nie mają o tym pojęcia. Jeżeli mamy napisane, że mamy stęp, czy kłus pośredni, to żeby mieli pojęcie, co to jest ten stęp pośredni. Co to znaczy pośredni, jak ten pośredni wygląda. Najczęściej widzimy po prostu przyspieszenie ruchu, a nie rozciągnięcie konia w odpowiednim momencie. Oczywiście nie każdy koń potrafi się odpowiednio rozciągnąć w danym momencie, tak jak trzeba, ale doświadczeniu jeźdżcy doskonale wiedzą, co w takim momencie należy zrobić. I to jest kolejna rzecz, której mi brakuje. Brakuje mi pokazania sposóbu prześcia , powinien być wyraźny ale płynny. Jeżeli mamy chód wyciągnięty, a potem zebrany, to przejście powinno być wyraźne. Jeżeli mamy pośredni w galopie i potem przejście do zebranego, to jednak musi to być widoczne. Najwcześniej mamy na ścianie te pośrednie galopy i koń nagle staruje do przodu i tak już będzie jechał. Przejedzie tę literę, w której powinno być przejście, a on jedzie dalej, tak jak jechał. A późnej się dziwią: „przecież ja wyciągnąłem…”. Faktycznie – był to pośredni, ale przejścia nie było. Na szczęście w programach jest dodatkowo punkt, że oceniamy przejścia. Ale znowu z drugiej strony, to musi być harmonijne. Jeśli mamy pośredni, a później skrócenie, to jedno o drugie zahacza. Nie można w tym momencie dać 7-8 za pośredni, bo 4 powinno się dać za samo przejście, które nie było wykonane, albo ledwo się go człowiek dopatrzył. Czyli przejścia.
Wyjeżdżanie rogów. To jest błąd, jaki ciągle spotykamy – nie wyjeżdżanie rogów i zakrętów.
Kolejnym błędem, jaki pokutuje, jest to, że ludzie nie mają pojęcia co to jest 10-metrowa wolta. Robią różnego rodzaju jaja. Pół biedy jak wolta jest za duża czy za mała, ale żeby była okrągła. Najczęściej są to jaja i jeszcze przesunięte w stosunku do litery, czyli w jedną stronę bardziej, w drugą mniej. Ja, jak się uczyłem jeździć wolty i koła, to najpierw sobie poszedłem, brałem sznurek i patyk, namalowałem sobie ślad, i później starałem się po tym śladzie jechać to koło i zautomatyzować to sobie w głowie – jak to wygląda w odniesieniu do linii i liter. Ludzie bardzo często nie robią właściwych kół czy wolt. Z bardzo prostej przyczyny: po prostu nie mają pojęcia, jak to wygląda, bo nie trenują tego we właściwy sposób. Ja miałem takie przypadki w swojej młodości, ze jeszcze z siodłem musieliśmy biegać na piechotę po czworoboku, żeby sobie wbić do głowy, gdzie i co jak jest. Świetnie się to wtedy zapamiętywało.
Potężnym błędem, i to tez takim podstawowym, są serpentyny. Wracam do tych wspomnianych wcześniej książeczek… Przecież tam jest dokładnie namalowane, jak powinna wyglądać prawidłowa serpentyna. Najczęstszym błędem jest to, że jedna pętelka jest większa, jeden zakręt jest większy, a drugi mniejszy… Zawodnicy nie wyjeżdżają wierzchołków w najwyższych punktach, zapominają, ze to jest serpentyna, w związku z tym końcowy, ostatni zakręt wyjeżdżają do rogu. I to już nie jest serpentyna. Nie mówić już o tym, że na przecięciu z linią środkową, koń powinien być ustawiony prostopadle do tej linii, a najczęściej idzie po skosie. Wydawałoby się figura prosta, a ona bardzo rzadko wychodzi, zarówno w tych niższych, jak i wyższych konkursach.
Kolejna rzecz, to już w tych trochę wyższych konkursach, - piruet lub półpiruet w stępie. Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć, żeby to było wykonane tak jak trzeba. Żeby wszystkie nogi pracowały w jakimś równym rytmie. Najczęściej koń się zawija, traci równowagę.
Dalej – zatrzymania i tutaj nagminne nadużywanie ręki. Zatrzymanie powinno być z dosiadu. Siadam, zamykam i koń stoi. Ja jak się tego uczyłem, to były moje największe katusze. Pan Władysław Tomaszewski, zresztą wychowawca Mistrza Polski, tak mnie z tym mordował, aż się wreszcie tego nauczyłem. Wcześniej wydawało mi się, że robię to doskonale. On mnie dopiero tego nauczył i pokazał jak się to robi naprawdę, jak się robi półpradę, jak się robi paradę. W ogóle ludzie nie mają pojęcia co to jest parada, czy półparada. I trenerzy też nie wiedzą, albo nie potrafią tego przekazać. Wydawałoby się to takie proste. Poza tym opisane.
I tym się jeździ na całym świecie, a u nas niestety to bardzo trudno i bardzo rzadko można zobaczyć.
Ideałem byłoby, żeby ten początkujący jeździec, który chciałby spróbować swoich sił w tej dyscyplinie, miał szansę zacząć jeździć na koniu doświadczonym, tak zwanym profesorze. Niestety takich koni jest bardzo mało i w naszym kraju ci młodzi jeźdźcy nie mają możliwości wystartowania na dobrym koniu, który osiągał wyniki na poziomie europejskim, czy światowym. To niestety jest kolejna trudna sprawa…
Zasada powinna być taka: doświadczeni jeźdźcy uczą młode konie, a stare, doświadczone konie, uczą niedoświadczonych jeźdźców. To u nas niestety praktycznie nie funkcjonuje.
Problemem dla ujeżdżenia jest brak otoczki, bak zainteresowania mediów, brak publiczności, która by dawała napęd. Dlaczego jest ten problem? Wydaje mi się, że głównie z powodu nie zrozumienia tego „co ja widzę”. Ludziom wydaje się, że ktoś tam w czarnym fraku jakieś kółka i zawijasy robi i tak jeździ sam dla siebie. Po prostu nie ma pojęcia o tym co widzi. Ale to jest nieprawda, to jest tylko sprawa organizatorów i to się da uporządkować. Jeżeli publiczność będzie wiedziała co widzi i kiedy będzie brała nawet czynny udział w zawodach na przykład oceniając przejazdy, świadoma, że każdy element oceniamy w skali od 0 do 10, mając programy w ręku, jeżeli będzie się robiło więcej konkursów szkoleniowych, gdzie sędzia prowadzący będzie głośno komentował aktualny przejazd, żeby uczyć przy okazji publiczność, myślę, że z biegiem czasu dorobilibyśmy się dobrej publiczności, większej publiczności. Przykładem są zawody, które organizuje, już po raz kolejny Pani Jola Żarska-Sułecka w Ostrowii Mazowieckiej, gdzie jest naprawdę fantastyczna publiczność. Publiczność, która została w jakiś sposób wyedukowana przez Panią Jolantę. Bardzo jej się to chwali. Bardzo sobie ją cenię jako przyjaciółkę, koleżankę i przede wszystkim sędzinę. A na dodatek startującą sędzinę, która bardzo dużo dobrego robi nie tylko w tej dyscyplinie.


